„Blue” – refleksje z turnusu delfinoterapii

Nie wiem do tej pory czy to było moim wielkim marzeniem, celem…
To było takie naturalne, Nina urodziła się z wadą genetyczną, diagnoza zespół Downa. Dwa dni przeryczałam nosząc ją w brzuszku, ale właściwie bardziej dla rozładowania emocji niż obawy, że coś będzie nie tak. Co miało być nie tak jak chcę, skoro nic nie planowałam? Wymarzyłam, poczęłam i wiedziałam zawsze, że nic nie dzieje się bez powodu, dam sobie radę. Mała miała już 5 lat. Śliczna, radosna, ambitna, wzmocniona po rehabilitacjach od urodzenia. Nawet już zaczęła biegać i jeździć na rowerze. A przecież urodziła się wiotka jak guma, zaczęła siadać kiedy jej rówieśnicy już biegali, a stawiać pierwsze kroki w trzecim roku życia. Noszenie takiego szkraba trochę nadwyrężyło moje 164cm. Wiedziałam, że w jakimś celu dostałam krzepę w rękach 🙂
Z pełną świadomością, że Niny koło toczy się wolniej, we własnym tempie, poczułam jednak u niej niedosyt mowy. Coś mnie prowadziło ku zwróceniu w tym kierunku całej uwagi w tym okresie. Nina świetnie pracowała nad wymawianiem sylab, ale nie potrafiła połączyć dwóch sylab w słowo. Było to dla niej niewidzialną ścianą, przez którą nie mogła przejść dalej. Rozumiała nas świetnie, a gestykulując i rzucając pojedyncze sylaby potrafiła dogadać się nie tylko z nami w domu. Ale to było dla niej abstrakcją, niezrozumiałym szyfrem. Mam wrażenie, że jej świadomość przekonywała ją, że mówi tak poprawnie jak my, składając całe zdania. Może cała magia tkwiła właśnie w tej jej pewności?
Ten rok okazał się bardzo ofiarny. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu na koncie Niny pojawiła się kosmiczna, w naszym pojęciu, suma wpłat z 1% podatku w ramach rocznych rozliczeń. Jakby to powiedzieć, musiałabym się nieźle nagłowić jak „przejeść” te kwotę płacąc jak zwykle za leki, rehabilitacje, zajęcia, wizyty lekarskie, pomoce dydaktyczne. Nina chodziła, zresztą bardzo chętnie, na wszystkie możliwe dla niej formy rehabilitacji. Logopeda, psycholog, pedagog, rehabilitant, basen, balet, sala doświadczania świata, parki linowe, wspinaczka na ściankach, zajęcia muzyczne, plastyczne, dogoterapia, hipoterapia … niezły etat jak na taką małą istotkę. Leki, dobre buty z twardym zapiętkiem i wkładką supinującą, pomoce i nadal zostałoby coś na zapas. Nic nie dzieje się bez powodu, powtarzałam sobie jak mantrę i szukałam oczekując olśnienia. Musiałam spojrzeć dalej niż zwykle. Znałam to z teorii, teraz chciałam się tego nauczyć. Oj, Nina, to dla mnie doskonała lekcja życiowa, bezustanna aktywność i kreatywność …
Tego wieczoru szperałam bardzo długo w Internecie poddając się temu, nawet przyjemnemu zajęciu. Miałam pewność, że idę w dobrym kierunku, chociaż po omacku przerzucałam strony od jednej do drugiej. I zobaczyłam …. błękit … piękne błękitne morze, czyste, słoneczne … a znad tafli uśmiechał się … delfin. Był to tak błogi widok, że zapatrzyłam się i przeniosłam gdzieś tam, gdzie mogło być zrobione zdjęcie, które zatrzymało nagle mój czas. W tym momencie świat nabrał tempa. Wyczytałam, że delfiny pracują m.in. z niepełnosprawnymi dziećmi w ramach delfinoterapii. Delfinoterapia skutecznie poprawia mowę u dzieci z zespołem Downa. Resztę zaczepiłam hasłowo. Najbliżej organizowane turnusy są na Krymie i w Turcji. Meksyk ma renomę, ale był jednak zbyt odległy jak na moje obecne horyzonty myślowe. Selekcja – Krym. Język znam od dzieciństwa, a z angielskim dopiero raczkuję. Szybkie rozeznanie. Jednak Krym wypada gorzej, mniej czasu dla dziecka z delfinem i brak opłaconego wyżywienia, co przy dzieciach było zbyt ryzykowne finansowo. Decyzja – faktura na wszystko, żeby czas poświęcić tylko terapii, a reszta w naszych rękach. Jak dobrze, że do Turcji wyjazdy organizuje fundacja z Warszawy, ulga. „Dobra wioska”, dobra decyzja! Nie chce mi się nawet myśleć czy nie za daleko odleciałam w swoich fantazjach, bo była nadzieja, że Nina zacznie mówić, a dodatkowe korzyści z oferowanej w ramach turnusu rodzinnej arteterapii przeważyły.
Po przeliczeniu kosztów, podanych na stronie internetowej fundacji, kalkulacja wyszła na plus i jeszcze miało trochę zostać. Mała korekta w trakcie ustalania szczegółów – nasza czteroosobowa rodzina musi być zakwaterowana w niestandardowym pokoju, czyli wzrost kosztów pobytu. Licznik na koncie wyzerowany, ale wystarczyło idealnie, uff. Zanotowane informacje, stado linków dodane do zakładek w przeglądarce i mogłam iść spad spokojnie. Tylko mąż był nieco zszokowany poranną informacją, że już wiem po co Nince wpłynęło tyle pieniędzy i, że lecimy na Turecką Riwierę. Potem był nieco bardziej zszokowany, kiedy po kilku dniach okazało się, że to wcale nie był żart 😉
Tempo było szybkie, bo najtańszy turnus był w kwietniu i zostało tylko kilka miejsc. Po rezerwacji trochę ochłonęliśmy i zaczęliśmy zastanawiać się jak tam będzie, jak się przygotować, zorganizować… Kwiecień według niektórych prognoz może być bardzo chłodny, ale optymiści pocieszali, że będzie już ciepło w tym regionie. W praktyce okazało się, że wyczerpaliśmy chyba wszystkie pięć dni wiosennego deszczu na 14 dni pobytu, a Turcy mówili, że nie pamiętają takiego chłodnego kwietnia. Ale, że Nina od urodzenia woli chłodniejszą wodę, więc nawet zajęcia w deszczu nie były dla niej dokuczliwe. Dwie pianki do pływania załatwiły problem. Upalne dni pozwalały nam z kolei na kilka godzin wystawić nasze buzie na słońce.
Wyjazd był nagły. Jak zwykle mnóstwo spraw różnych. Nikt mi nie wierzył, że nie czuję radości na samą myśl. Czułam za to zmęczenie i wiedziałam, że jadę tam do pracy, nie na wypoczynek. Nie było mi żal, że nie zobaczę wspaniałych zakątków tego kraju, Kapadocji, Pammukale … za daleko. Dziesięć godzin jazdy to katorga dla naszych dzieci. Zrezygnowaliśmy też z powodu cen. Zresztą i tak mieliśmy co robić. Od pięciu lat nosiłam Ninkę, nawet teraz kiedy miewała humory i nie chciała iść sama, a delfinarium było, jak dla nas, o 30 minut drogi z hotelu. W tym przypadku dzieci na wózkach inwalidzkich okazały się mniejszym obciążeniem. Dobrze, że jest nas dwoje, mogliśmy nieść ją na zmianę, a potem to już nawet sama chętnie leciała do swojego ukochanego delfina Echo (czyt. eko) do Sealanya Dolphinpark.
Alanya jest pięknym miastem, ale tylko pierwsze trzy dni mieliśmy wolne od zajęć przed przyjazdem drugiej tury uczestników. Dzięki informacjom z internetu, które wydrukowałam i przypadkowym serdecznym Turkom z biura podróży w centrum Alanyi, zwiedziliśmy ruiny dawnego zamku pirackiego i odbyliśmy rejs statkiem wzdłuż wybrzeża, na którego wysokich skałach wznosił się ów zamek. Umiejętność targowania się, wyniesiona z naszych lokalnych bazarów, do których przyjeżdżali handlowcy zza wschodniej granicy, pozwoliła nam przeżyć i nie zbankrutować 😉
Plan był napięty: śniadanie, pędem do delfinarium, pędem z powrotem na obiad do restauracji hotelowej, skąd w ostatnich dniach wyganiali nas już na taras, po obiedzie do pokoju wywiesić mokre rzeczy, szybki powrót do stolików przy recepcji na zajęcia arteterapii organizowane dla wszystkich członków rodzin, po zajęciach pędem na basen, żeby jeszcze zdążyć przed godz. 16:00 na porcję lodów. W czasie dobrej pogody jeszcze chwila na basenie, a właściwie dwie czy trzy w ciągu całego pobytu, bo tylko tyle było słonecznych dni. Darek bawił się z dziećmi (jest w tym genialny), więc mogłam czasem coś przeprać. Dobrze, że sprzątanie pokoju mnie ominęło, co jednak zgodnie ze zwyczajem lokalnym trzeba było opłacić dolarem czy euro pozostawionym na łóżku obsłudze hotelowej. Za to można było zastać pięknie uformowanego z ręcznika łabędzia i uśmiechnięte twarze na korytarzu.
Hotel był bardzo czysty i rodzinny. Kameralny kompleks budynków i domków poprzecinany basenami i alejkami, przy których kwitły wielkimi kwiatami palmy. Mnóstwo atrakcji opisanych na tablicach informacyjnych. Zawsze było wiadomo kiedy i gdzie można zjeść obiad czy kanapkę, pobawić się, potańczyć, czy w coś pograć. Codziennie można było spotkać grupkę dzieci z Kinderclubu, idącą gęsiego i wykrzykującą po niemiecku przyśpiewki. W klubie odbywały się zorganizowane zabawy i zajęcia plastyczne. Po kilku dniach nawet Igor do nich dołączył i uczestniczył w zajęciach podczas zajęć Niny w delfinarium, radząc sobie świetnie z językiem angielskim.
A te niezapomniane loty samolotem … niesamowita okazja lotu w ciągu słonecznego dnia, a potem w nocy. Inny punkt widzenia na różne sprawy, w chmurach, z górami w dole porysowanymi liniami dróg. Już wiemy, że dzieci nie mają problemów z lataniem. Otwarta droga na przyszłość.
Wróciłam zmęczona, ale było prześlicznie i bardzo aktywnie, tak jak lubimy. Nina rozbrajała wszystkich swoim uśmiechem, a najbardziej wzruszyła tresera delfina, którego przydzielono do Niny.
Mauricio wraz z innymi treserami przyjechał z Meksyku, ale nauczył się dla Niny kilku słów po polsku. Podarował jej nawet przed wyjazdem pluszowego delfinka. Do tej pory powtarzamy tak jak on podczas zajęć „Nina, Nina, daj rybkę”, a Nina uśmiecha się zadziornie i odpowiada „nie ma”.
Obcowania z delfinami chyba nie potrafię jeszcze dzisiaj opisać, pulsujące emocje i niepojęta radość w oczach moich dzieci. Nawet rodzicom pozwolono w ostatnim dniu wejść na dziesięć minut do wody. Niesamowite. Darek cieszył się jak dziecko, a do mnie chyba do tej pory nie dotarło co wtedy czułam. Nie nastawiałam się na efekty. Czułam, że sam kontakt z delfinami będzie wpływał na Ninę korzystnie. Zwierzęta mają magiczną moc, a delfiny dodatkowo dysponują naukowo udowodnionymi zdolnościami „naprawiania w ludziach tego, co zepsute”. Skoro labradorka Sonia czyni cuda z Ninką, to Echo nie mógł być dla niej obojętny 😉 Zdjęcie delfina zawisło na ścianie. Delfiny-zabawki w pokoju, fotografie i filmy z wyjazdu oglądane, opowiadane, pozwalają Nince wracać do Echo i żyd w pięknym świecie, w którym wszystko jest możliwe, jeśli tylko bardzo się tego pragnie. Mała ma duże poczucie własnej wartości i czuję, że według niej wszystko jest możliwe. Minęło już prawie pół roku, wszystko toczy się dalej swoim tempem … tylko Nina jakby przeszła przez niewidzialną ścianę, przytula mnie z uśmiechem i składa płynnie sylaby „mamo, kokam cie” …
Kiedyś pojedziemy do delfinarium w Meksyku, czy do Disneylandu … teraz i dla mnie wszystko jest możliwe. Nina uczy się angielskiego, bo łatwiej powiedzieć „blue” (czyt. blu), ale wiem, że kiedyś powie też „niebieski”.

autor: Katarzyna Sobiech

Tekst chroniony prawami autorskimi. Wszelkie modyfikacje i kopiowanie bez zezwolenia autora zabronione.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *